KONTAKT O KLUBIE CZŁONKOWIE STARTOWISKA WYPRAWY / ZDJĘCIA SPORT SEKCJE AKTUALNOŚCI LINKI SPONSORZY
.
Aktualne newsy:
05.04.2017 − Kopa 2017
30.03.2017 − Artur Kubiński Qubańczyk nie żyje.
14.02.2017 − Akcja Paka 2017
23.01.2016 − Akcja Paka 2016
14.01.2016 − Koszulki
01.12.2015 − Brazylia
30.11.2015 − Faron
29.11.2015 − LP 2015
12.11.2015 − Zakończenie
Archiwum aktualności
Przyjaźń, pasja i marzenia...


11.03.2010
Latanie jest dla mnie wszystkim. Dlatego kiedy uległem wypadkowi, byłem pewien, że to już koniec. Dla mnie, człowieka aktywnego fizycznie, to był moment, w którym straciłem wolę życia. Załamanie było nie do opisania. Mój świat się skończył.
Przetrwałem dzięki rodzinie. Oczywiście wsparcie kolegów nie było bez znaczenia. Chociaż wtedy myślałem, że to tylko chwilowe współczucie z litości. Z czasem okazało się, że na szczęście nie miałem racji. Jest mi wstyd, że tak się pomyliłem.

Wcześniej jakoś specjalnie nie wybiegałem myślami gdzieś daleko w przyszłość, ponieważ byłem pewien, że poradzę sobie w każdej sytuacji i każdych warunkach. Bo przecież do tej pory tak było. Być może dla tego nigdy nic nie miałem. Nie myślałem jeszcze o zabezpieczeniu przyszłości. Miałem 30 lat i wszystko za co się brałem, po prostu mi wychodziło. Tak samo było z lataniem. Szczęśliwy w swojej nieświadomości myślałem, że jestem niezniszczalny.

8-go marca 2005r. w konfrontacji z rzeczywistością zrozumiałem, że superman jest postacią fikcyjną... Latałem na żaglu, przy za dużej odchyłce. Dostałem klapę i skręcony w taśmach, bez możliwości sterowania uderzyłem w klif. Wówczas nie mogłem zrozumieć, jak to się mogło stać. Mi, takiemu fantastycznemu gościowi. Następne, czego nie mogłem zrozumieć, to to, jak można nie ruszać nogami − nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiałem.

Najgorsze były niesamowicie długie godziny, dni, tygodnie spędzone poza domem, w szpitalach, ośrodkach rehabilitacyjnych. Przez kilka pierwszych miesięcy potrzebna jest pomoc nawet przy "obracaniu się na drugi bok"... Totalne załamanie przychodzi u każdego pacjenta. Prędzej czy później. W moim przypadku stało się to w momencie kiedy po czterech miesiącach zacząłem dochodzić do siebie. Potrafiłem sam przesiąść się z łóżka na wózek i przejechać nim np. do stołówki. Uświadamiasz sobie wtedy, że właśnie tak może wyglądać reszta życia. Jeżeli tak ma zostać, to może lepiej z niego jakoś zrezygnować. Straszne myśli, które przemykają po zakamarkach umysłu.

Pamiętam, że w tamtym czasie dostałem od mojego przyjaciela książkę, którą napisał Christopher Reeve. Autor napisał ją po wypadku, jakiemu uległ spadając z konia. Doznał wówczas poważnego urazu kręgosłupa szyjnego z porażeniem czterokończynowym. Płakałem czytając kolejne rozdziały. Jestem pewien, że to właśnie przedstawiony obraz spowodował, że stałem się silniejszy. Ten człowiek opowiadał o rzeczach, jakich dokonał, będąc w stanie zdrowia pozwalającym jedynie mrugać i mówić. Wtedy zrozumiałem jeszcze jedno, że w całym tym nieszczęściu miałem bardzo dużo szczęścia.















Czas mijał, ja ciężko pracowałem, a mój stan się poprawiał. Po kilku miesiącach wróciłem do domu. Tam czekały mnie kolejne bariery do pokonania. 40 stopni klatki schodowej, aby dotrzeć do drzwi domu. Domu, w którym nie chciałem się zamykać. Myślałem o pracy, o wyznaczeniu jakiegoś celu i sposobach realizacji. Przez cały ten czas, gdzieś w głowie siedziała tęsknota za lataniem, wolnością i niezależnością. Jednak ze względu na szacunek dla rodziny, poświęcenia i wyrzeczeń jakie ponieśli przez moją lekkomyślność, nawet nie śmiałem się na ten temat odezwać. Szukałem różnych alternatyw, np. modelarstwo... Nie chce mi się o tym pisać. O pięknie latania też szkoda pisać. Po prostu zwykły człowiek nie jest w stanie wyrazić słowami tego, co czuje w chwili, kiedy jest tam, u góry, w promieniach słońca, smagany pachnącym wiatrem, a serce bije dwa razy szybciej. Dlatego po czterech latach życia w klatce, kiedy człowiek się wypala, a oczy mętnieją, miałem dosyć. Przeprowadziłem najtrudniejsze w moim życiu negocjacje. Przeprawa była ciężka. Ale udało się, dostałem zielone światło. Już traciłem nadzieję, wątpiłem że kiedyś będę mógł jeszcze tego spróbować. Znaleźli się ludzie, którzy pomogli w uzyskaniu świadectwa kwalifikacji, profesjonalnie przeprowadzili szkolenie. Jędrzej, Arek, Lechu, Kamil − naprawdę bardzo pomogli. Jednak byłem jeszcze bez własnego sprzętu, a wiadomo, że to nie komplet do gry w szachy.

Na seminarium przelotowym w kwietniu 2009, które odbyło się w Karkonoszach, spotkałem wielu wspaniałych i doświadczonych pilotów. Grzesiek Olejnik zorganizował mi spotkanie z Danielem i Christianem z Advance'a. Nie pozostali obojętni wobec mnie. Pomogli ze sprzętem. Tomek Pilecki mówi, że jak odbierałem nowiuśkiego Epsilona 6, to oczy mi błyszczały takim blaskiem, że musiał założyć swoje nowe okulary Adidasa. Byłem tam razem z żoną. Zobaczyła co to za ludzie. Od tamtej pory jest trochę o mnie spokojniejsza. Od wszystkich otrzymywała obietnice o zachowaniu najwyższego stopnia rozsądku i możliwego bezpieczeństwa. Wszyscy trzymamy się tego i są to sztywne zasady gry. Jeżeli tylko jest coś nie tak z warunkami, jeżeli margines bezpieczeństwa jest zbyt mały, to po prostu nie latam. Cieszymy się swoim towarzystwem.

No i zaczęło się. Pamiętam jak dziś. Maj 2009, cudowna pogoda. Pojechaliśmy z Willmą, Tomkiem i Dymkiem na Cerną Horę. Przez całą drogę czułem niepokój pomieszany z podnieceniem. Przecież jeszcze nigdy nie latałem w termice, tym bardziej w górach. Ale damy radę, mam nadzieję,że nie będzie za dużo ludzi, nie lubię tłoku... żeby tylko start się udał... wszystko będzie dobrze, przecież tyle z Tomkiem ćwiczyliśmy... no i będzie Grzegorz :) Przecież obiecał się mną zająć osobiście... Będzie dobrze... Po pierwszych perypetiach z kolejką i sympatyczną obsługą, wreszcie jesteśmy na starcie. Wita nas uśmiechnięty Komórka. Dwa glajty już krążą w jakichś zerkach, dlatego szkoda czasu. To chyba dobry moment. Jeżeli mamy wszyscy polatać, to najwyższy czas, żeby się szykować. Szpeimy się, z minami twardzieli, jakbyśmy to robili 128-my raz. Co niektórzy przyglądają się z pewnym zdziwieniem. Komórka pewnym głosem rozstawia wszystkich, rozdziela zadania jakby był kierownikiem startów od urodzenia, a miejsce w którym jesteśmy, należało do niego. Na razie jeszcze się uśmiechamy, jest sympatycznie... Nadchodzi Grzegorz, jakby bardzo poważny? Nie, po prostu trzyma fason, dostrzegam ledwo widoczny cień uśmiechu. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że to bardzo ważny dzień. Krótka, sensowna rozmowa, ocena warunków i całej sytuacji, kontrola sprzętu... hmm zrobił to lepiej niż BAG-owiec jak zatrzymał Dymka pod Berlinem (tak mówi Dymek, co jeździ ciężkim sprzętem od 15 lat).

Wyszpejony, z taśmami w rękach siedzę w swoim nowiutkim Impressie, a w myślach odmawiam krótką modlitwę.
− Gotów?!
− TAK! (kiwnięcie głową).
− To jazda!
Trzy krótkie chwile. Wyszło perfekcyjnie. Jestem w powietrzu. Czuję ogromny spokój, chociaż serce pika jak...? NIE! To wario! Chyba ze 2-2,5 m/s. Natychmiast słyszę w radiu charakterystyczny, spokojny głos Grzegorza − masz coś, wyprostuj na chwilę pod wiatr i kręć, (oczywiście w prawo. Ze dwa kółka i wypadłem ;(
− zawracaj i szukaj, nie wypłaszczaj z wiatrem, pod wiatr − sekundę, dwie do przodu. Dawaj, dawaj, dawaj, jeszcze trochę (zaczyna pikać, sokole oko Wodza oczywiście wyłuskało ten fakt trochę wcześniej niż moje wario) − dobra, masz to, kręć w prawo.
Zrobiłem dwa kółka i oczywiście wypadłem.
− przecież ci piiiiii (mieliśmy prywatny − publiczny kanał) tłumaczyłem, żebyś nie prostował z wiatrem!!
Tym razem jego ton był zdecydowanie bardziej stanowczy.
− bla bla bla bla bla bla bla bla − pomyślałem i natychmiast zawróciłem
− dobrze i kręć, dobrze, dobrze, coraz częściej słyszę to słowo. Pamiętaj, skrzydło ma cię słuchać, ma robić to co ty chcesz, to ty tam rządzisz, nie pozwól żeby cię bujało, amortyzuj ciałem, - no i tak z godzinę ćwiczyliśmy.
Wydawało mi się, że chwilami było jakby "rześko". Spodziewałem się tego, więc nie byłem zaskoczony. Ale dopiero niedawno, kiedy słuchałem audycji z udziałem Jędrzeja, skojarzyłem jego słowa, doskonałe określenie tego zjawiska: "to jakby okiełznać wierzgającego konia, albo utrzymywać się na grzbiecie fali"... Bystre oko Grzegorza przyciągnął zbliżający się cumulusik, chyba jedyna chmurka w tym pięknym dniu.
− widzisz ją? − kiwnąłem głową − jak nie wykręcisz podstawy, to nie masz prawa wylądować − oświadczył opanowanym tonem.
Oczywiście, że ją wykręcę − pomyślałem.
Kiedy tak robiłem kolejne kółka zbliżając się do podstawy, poczułem się fantastycznie. Otuliła mnie najpierw lekka mgiełka, potem gęste mleko pary wodnej. Kilka chwil wcześniej rozejrzałem się dokładnie. Nikogo nade mną nie było. Reszta pilotów była na dole! Tak, byłem najwyżej w tym dniu − bezcenne.
− Jak ci się podoba to pomachaj prawą ręką − machnąłem od razu − to teraz odpręż się i rozejrzyj.
Tak to była jedna z tych chwil, dla których się żyje...
Pierwszy raz w życiu widziałem góry z powietrza, z tyłu główna grań Karkonoszy i Śnieżka. Przez krótką chwilę rozkoszowałem się cudownym pejzażem.
Z nostalgii wyrwało mnie pikanie waria. Grzegorz dał mi już trochę swobody. Zacząłem latać samodzielnie. Kalkulowałem i sam podejmowałem decyzje. Jeszcze trochę nieśmiało, ale pewien, że wszyscy mnie obserwują. Było super. Skrzydeł w powietrzu co raz więcej. Na radiu spokój. Chyba zaczynam trochę łapać? Po kilku chwilach miałem Grzegorza pod nogami w jednym kominie, dołączył w mgnieniu oka. Przemknął obok, jakby robił spiralę, ale do góry. Też tak chcę − pomyślałem, ale atramentowa Sigma robiła zwitki po trochę innym torze. Pociągnąłem mocniej za sterówkę, hmm..., to działa. Wcześniej starałem się trzymać na przedpolu, (jak pisałem, nie lubię tłoku) dlatego kiedy punkt odniesienia zmienił się, mogłem to drugie skrzydło podziwiać z bliska, obserwować prędkość. Wtedy, ten pierwszy raz kolejne zdziwienie i zapowiedź piękniejszego życia.

Zmęczony jak pies i spragniony jak wilk po westernie pomyślałem o lądowaniu. W gardle sucho od pół godziny, w głowie myśli niepoukładane − wystarczy na dzisiaj. Ląduje, tylko gdzie to było, aha - tam, trochę na lewo. Dobra, teraz jak to zrobić, żeby ładnie zakończyć dzień. Przecież wcześniej dużo o tym myślałem, to będzie łatwe. No to naprzód, parę esów, dobra wystarczy, odbijam pod wiatr, wyliczone idealnie. A tu masz, kolejna niespodzianka, lekkie zaskoczenie. Trochę do góry i w dół (bąble jakieś niedobre − pozdrowienia dla Andrzeja). Trzeba być czujnym do ostatnich sekund, szczególnie w mojej sytuacji. Następnym razem będę przygotowany również na to... Znowu wita mnie uśmiechnięty od ucha do ucha Komóra. Razem całujemy matkę ziemię, też dopiero wylądował. Cało na ziemi, wypompowany, jak po ośmiu godzinach rehabilitacji. Jeszcze nie wiedziałem, że będą zakwasy na brzuchu, pierwszy raz od 5 lat!. Cudnie. Siedzimy, niektórzy stoją;), doborowe towarzystwo. Lądują kolejni piloci. Wszyscy podekscytowani obserwujemy tych, co jeszcze latają. Wymieniamy spostrzeżenia. Słońce świeci. Niektórzy znowu ze zdziwieniem patrzą na klienta, który przed chwilą wylądował, a teraz zasuwa na wózku. Ciekawe, czy się przyzwyczaję do tych ukradkowych spojrzeń? Generalnie wszyscy mają życzliwość w oczach. Nie bardzo rozumiem, co mówią, ale uśmiecham się, oni też.
Pora się pakować, jedziemy coś zjeść. Na Kopećku − tam się umawiamy.

Za godzinę siedzimy przy stole, talerze pełne smakołyków, zimne piwo − szkoda, że musimy zaraz wracać ;( Omawiamy z Grzegorzem dzień, słucham cennych uwag, staram się wszystko zapamiętać. Następnym razem będzie lepiej, może trochę dłużej.

Droga powrotna, trochę daleko, z 600 km, zamykam oczy, czas na przemyślenia. Próbuję układać trochę po swojemu. Teraz męczę Tomka, a jak to, a jak tamto? − zamknij się w końcu Sabina, nie przeżywaj − dla bardziej doświadczonego pilota, to był chyba słabszy dzień − sam się zamknij odpowiadam jeszcze trochę podniecony. Śmiejemy się i klepiemy po plecach. Nawet mi się nie śniło, że w tym sezonie pojadę w Alpy... Gdzie? Na wózku?
Pewnie sam bym nie pojechał, ale w siedemnaście osób... dało radę. Jak się bardzo czegoś pragnie, to wyjdzie. Był Greiffenburg, Kobala, Stoll, Lijak, znowu Kobala. Tak, to były najpiękniejsze wakacje.
W przyszłości chciałbym latać przelotowo, może z pomocą przyjaciół się uda, ale trzeba się do tego dobrze przygotować. Wybór miejsca lądowania wymaga najwyższego stopnia staranności, tak aby było bezpieczne, a zwózka była najmniej kłopotliwa. Jędrzej kiedyś mi opowiadał, jak siedział kilka godzin w czarnej d., bez telefonu :(. Może z wyciągarki w Borsku, to w zasadzie prawie własne podwórko. W pełni sezonu to równie piękne miejsce, na pewno inne, ale też piękne. Bez wątpienia to właśnie tam mogę być najczęściej. W ciągu jednego dnia można polatać i wrócić do domu

Mimo że na wózku, to jestem szczęśliwym człowiekiem. Mam wielu przyjaciół, na których mogę liczyć w każdej sytuacji. Tylko czasem czuję żal do siebie, za tę jedną fatalną decyzję, która miała znaczenie dla reszty mojego życia. Żal, że pewnie już nie pojeżdżę na desce i nie zrobię wielu innych rzeczy. Niech ta krótka historia powyżej będzie przestrogą dla innych. Mam nadzieję, że wyjdzie komuś na zdrowie.

"JESTEM TEGO PEWNY, W GŁĘBI DUSZY O TYM WIEM, ŻE GDZIEŚ NA SZCZYCIE GÓRY, WSZYSCY RAZEM SPOTKAMY SIĘ, MIMO ŚWIATA KTÓRY, KOCHA I RANI NAS DZIEŃ W DZIEŃ"

Odtwórz plik "NA SZCZYCIE" ( GRUBSON ): 

przygotował: Krzysztof Kopeć



STRONA GLҗNA   |   MAPA STRONY   |   PLIKI COOKIES   |   WEBMASTER   |   FORUM KLUBU   |   ANCYK © 2006   
 

MUZYCZNE RADIO

NADLE¦NICTWO ¦NIE—KA