KONTAKT O KLUBIE CZŁONKOWIE STARTOWISKA WYPRAWY / ZDJĘCIA SPORT SZKOŁA AKTUALNOŚCI LINKI SPONSORZY  
.
Galeria zdjęć
Filmy
XC-Atlas
Subiektywna relacja z wyprawy życia "Ferrariego" do Australii


13.02.2011
Słońce wdziera sie do namiotu, chowam sie w jego róg... Jeszcze trochę, tylko chwilkę, daj trochę cienia, prosze! Lekka bania po wczorajszym grillu, a ptaszyska nie dają człowiekowi pospać. Oto kolejny dzień egzystencji na tym końcu świata. Dziś pierwszy odpoczynek od ponad miesiąca. Mocny wiatr, chmury strzelają w kosmos, idzie na deszcz. Najwyższa pora żeby powietrze zresetowało się.

Właściwie to nie wiem od czego zacząć... Codziennie nowe przygody. Dzień w dzień w powietrzu, po kilka godzin latania przelotowego, po prostu aż do ścięcia białka :).

Podróż poszła zgodnie z planem. Nie pamiętam już, chyba trzy noce bez spania. Jabol z miejscowymi żulami na peronie w Sydney, potem pociąg, autobus i jestem w Manilli. Wskoczyłem tylko w krótkie spodenki, zarzuciłem GIN'ka na plery i ruszyłem przed siebie. Po chwili dotarło do mnie gdzie jestem. Wszystko pozamykane, wymarłe miasteczko, po ulicy krzątała się tylko reklamówka porywana przez wiatr. Reeeweeelaacja!

Już za klamkę do hotelu chwytałem, kiedy z daleka zobaczyłem, że ktoś do mnie macha. To Nico z Francji, Wolfgang i Rene z Rajchu. Kilka powitalnych browców, małe korytko w barze, a wieczorkiem fajka pokoju z Godfreyem, jeah! Rano szybka akcja i na góre, bo warun. Niebo po prostu jak z obrazka! Autostrady cumulusów, rewelacja, zapowiadało się na długi lot. Niestety, ładnie tylko wyglądało. Dwa razy gleba. A mówili, że to tu takie proste :).

Kolejne dni to sama sielanka. Jazda na beli cały czas, powietrze spokojne na maxa, zero torby. Noszenia tylko słabe, jakieś takie leniwe i zmulone. Latanie baaaaaardzo powolne. 100km czasami leci się tu ponad 5h! Zaczęło brakować troszkę bardziej agresywnych i zdecydowanych warunków. W końcu nadeszły wraz z rozpoczęciem zawodów. Godfrey w tym roku zrezygnował z dotychczasowej formy XC Manilla Open. Za dużo spinki, za dużo roboty i chodzenia w około, powiada. W kolejnych latach zawody podwórkowe i szlus. Oprawa tegorocznych zawodów na najwyższym poziomie. Codziennie brifing, omówienie warunków dnia poprzedniego i aktualna sytuacja meteo. Upominki dla najlepszego pilota dnia i uścisk dłoni wujka Godfreya :). Naprawdę gość "kuma czaczę" jak mało kto, jeśli chodzi o czytanie meteo. Wszystko się sprawdzało!





Podczas zawodów warunki nie rozpieszczały. Duże inwersje, bezchmurna terma, noszenia po 10 m/s, upał po 46 stopni w cieniu, ale jak to w robocie, nie ma lekko. Dużo by pisać, ale chyba musze zapakować zaraz do basenu.

Podsumowując pierwszy miesiąc, to jest naprawdę nieźle. Jedyny minus taki, że Australia jest koszmarnie, ale to koszmarnie droga! Pierwsza wizyta w markecie mocno prostuje człowieka. Jak przyjechać tu to tylko i wyłącznie na latanie. Można nawet z kobietą bo Manilla to najlepsza dieta cud jaką znam :). Poza tym nie ma tu kompletnie co robić, tylko zmieniać miejsce siedzenia i szukać cienia. Tutejszy krajobraz wszędzie jednakowy. Pola, busz, pola i szutrowe drogi. Więc jeśli ktoś myśli o zwiedzaniu to napewno własnym samochoden, bo odległości są tu masakryczne.

Cztery najbardziej potrzebne rzeczy, które TRZEBA tu mieć to:
1) krem przeciwsłoneczny UV 30, a najlepiej UV 50 (nie ma żartów, słonce tu po prostu parzy!);
2) porządne okulary;
3) kapelusz;
4) woda (i to tyle ile zdoła się wpakować do uprzęży!)

Jednego razu odwodniłem sie na maxa. Zawitałem więc na farmę, ale niestety nikogo tam nie było, wody też. Delira na trawniku, cały zalany potem, nie było siły iść dalej... Doczłapałem się do kolejnej osady, ostatniej w okolicy. Uratowali mnie. Potem życzliwy farmer odwoził mnie 40 km do najbliższego miasta! Po drodze nic, dżungla, zero aut, patologia maksymalna! Jeśli ktoś myśli tu o dalekich lotach to lepiej mieć ze sobą SPOT'a. Naprawdę mega pomocny, w razie draki, może uratować życie. Telefon NextG, radio nadające na tutejszych częstotliwościach i nóż żeby zarżnąć dziką świnie, gdy przyjdzie nocować w buszu ;). To chyba tyle z praktycznych rad.

Godfrey to wyluzowany koleś na maxa, zawsze pomocny, choć nigdy nie ma czasu. Ludzie mówią, że Mt. Borah to najlepiej zorganizowane miejsce do latania w Australii. Na gorę wwozi Mike, najlepszy kierowca na kontynencie. Jak na razie powroty z trasy ogarniam sam, na stopa. Nie jest jednak kolorowo, ludzie nie chcą się zatrzymywać i zabierać autostopowiczów. Po pierwszym dalekim locie łapałem stopa 4 godziny. Ciemno, wilki jakieś, a perspektywa spania w glajcie wydawała się być niezbyt zachęcająca.

Ten sezon w Australii, wg aborygenów jest bardzo słaby. Dużo zieleni, dużo opadów, teren nie działa tak jak powinien, ale nie ma co narzekać. Pogoda tu jest i gites majonez. Na północy i południu cały czas syf, opady, cyklony tropikalne. Czekałem na taki jeden, żeby pobić rekord świata, ale niestety przesunął się w głąb lądu ;). Poczekam więc na następny, bo mam jeszcze trochę czasu...

Pozdrowienia z extremalnie upalnej Manilli, wujek ferrari
no to plum...

P.S. Coś mi się wydaje, że ekipa z Polski jest blisko, jak patrzę w to niebo...
Błagam zostańcie w domu! ;)

przygotował: Jakub Kryjak

STRONA GLҗNA   |   MAPA STRONY   |   WEBMASTER   |   FORUM KLUBU   |   ANCYK © 2006   
 

MUZYCZNE RADIO

NADLE¦NICTWO ¦NIE—KA